Skruszeć, by pocieszać

30 lis 2025
ks. Robert Więcek SJ
 

Słowo „skrucha” pochodzi od czasownika „skruszeć”. Przestać być kamieniem. Pojawia się prorockie wołanie o tym, że Bóg uczyni nasze serca z ciała, że weźmie serca z kamienia. Oto bowiem z reguły (DN 158-160), gdy widzimy ból i cierpienie drugiego człowieka, to jesteśmy „poruszeni” – kruszejemy! Bo i o takim wymiarze poruszeń mówić możemy, a za przykład podać to, co stało się z sercem Szawła z Tarsu u bram Damaszku.

Tak więc, kontemplując to, co Syn wycierpiał dla nas, rodzi się w nas niepohamowane pragnienie pocieszania Chrystusa. To bolesne wręcz wpatrywanie się jest jednym ze źródeł tego pragnienia. Ale jest i inne, a mianowicie szczere przyznanie się do naszych zniewoleń, przywiązań, braku radości w wierze, próżnych dążeń i, poza konkretnymi grzechami, do niedopasowania naszego serca do Jego miłości i planu. Nie dobija nas! Nie ma nas dobijać to odkrycie, bo jest to doświadczenie, które nas oczyszcza, ponieważ miłość potrzebuje oczyszczenia przez łzy, które ostatecznie pozostawiają nas bardziej spragnionymi Boga i mniej obsesyjnie skupionymi na sobie. Mówimy o łzach bólu i pocieszenia jednocześnie.

Bo im głębsze staje się pragnienie pocieszenia Pana, tym bardziej pogłębia się skrucha wierzącego serca, tzn. wypełnia się wizja proroka i serce zaczyna być sercem z ciała, a więc sercem żyjącym, pulsującym, także w tym podatnym na zranienia i ból. Papież przestrzega, że nie jest to poczucie winy, które obala na ziemię, nie jest to skrupulatność, która paraliżuje. Moglibyśmy dodać: zabija serce! Jest to dobroczynne ukłucie, które pali wnętrze i uzdrawia. Wkuwa się igłę w żyję, by poprzez nią dostarczyć organizmowi to, co konieczne. Otóż serce, widząc swoje zło i uznając siebie za grzesznika, otwiera się, przyjmuje działanie Ducha Świętego, żywej wody, która porusza je, sprawiając, że łzy spływają po twarzy.

Ta skrucha nie oznacza użalania się nad sobą, do czego często jesteśmy kuszeni, bo tak naprawdę płakać nad sobą, to poważnie żałować, że zasmuciliśmy Boga grzechem; to przyznać, że zawsze jesteśmy dłużnikami, a nigdy wierzycielami. Uwierzmy, że jak kropla drąży kamień, tak też i łzy powoli drążą zatwardziałe serca. I tak oto stajemy się świadkami cudu. Papież Franciszek nazywa go cudem dobrego smutku, który prowadzi do łagodności.

Prawdziwa skrucha bowiem jest nie tyle owocem naszej sprawności, lecz łaską i jako taka musi być wyproszona na modlitwie. Jak to ujął w jednej z modlitw Ćwiczeń duchownych św. Ignacy Loyola: prosić o boleść wespół z Chrystusem pełnym boleści, o udrękę serca z Chrystusem udręczonym, o łzy i mękę wewnętrzną z powodu tak wielkiej męki, którą Chrystus wycierpiał za mnie.

Ojciec święty dostrzegł, że w naszych czasach – także w Kościele – ludzie wyśmiewają się z przejawów żarliwej wiary świętego i wiernego Ludu Bożego, który w swojej pobożności ludowej stara się pocieszyć Chrystusa. Prosi, by tego nie robić! Zadaje nam pytanie: Czy w niektórych przejawach tej miłości, która stara się pocieszyć Pana, nie ma więcej racjonalności, prawdy i mądrości niż w zimnych, odległych, wykalkulowanych i minimalnych aktach miłości, do których zdolni jesteśmy my, którzy twierdzimy, że posiadamy wiarę bardziej refleksyjną, rozwiniętą i dojrzałą?

 

Przeczytaj także

Warto odwiedzić