Maria z Magdali
Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy [tak] płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?”.
Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”. Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”. Jezus rzekł do niej: „Mario!”. A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: Nauczycielu!
Ewangelia według św. Jana 20, 11-16
Maria Magdalena, bo tak najczęściej ją nazywamy, to ta uczennica Jezusa, o której – po Najświętszej Maryi Pannie – napisano najwięcej. To całe morze tekstów o najróżniejszym charakterze, od najpiękniejszych poetyckich, przez służące zbudowaniu, mistyczne, naukowe aż po bluźniercze. Tak było już od starożytności chrześcijańskiej, bo oprócz tekstów natchnionych Nowego Testamentu Maria Magdalena obecna jest także w tzw. apokryfach, czyli tekstach chrześcijańskich, najczęściej heretyckich, które Kościół odrzucił, nie przyjmując ich do kanonu Pisma Świętego. Mimo to dalej żyły swoim życiem, były przepisywane i komentowane. Dzieje się tak zresztą aż do dziś. Stąd też ciągle trwa zamieszanie wokół tej postaci.
Trochę przyczynili się do tego i autorzy – nawet święci – którzy pełnią ważną rolę w tradycji Kościoła. Tak było choćby ze św. Grzegorzem Wielkim – papieżem. Połączył on w jedną postać trzy zupełnie różne kobiety występujące w Ewangeliach: bezimienną grzesznicę (często interpretowaną jako nierządnicę), która w Ewangelii Łukasza (Łk 7, 36-50) obmyła łzami stopy Jezusa w domu faryzeusza Szymona, Marię z Betanii, siostrę Marty i Łazarza, oraz właśnie Marię Magdalenę, z której, jak pisze Ewangelista Łukasz (Łk 8, 2), Pan Jezus wyrzucił „siedem złych duchów”. Niektórzy jeszcze dorzucali tu czwartą postać: kobietę cudzołożną, którą Jezus uratował przed ukamienowaniem, o czym mowa w 8. rozdziale Ewangelii św. Jana. Ta tradycja przetrwała wieki i do niej też nawiązał ks. Piotr Skarga w Żywotach świętych. Dopiero współczesna biblistyka dowiodła, że to cztery różne osoby. W ostatnich dziesięcioleciach Kościół dokonał wyraźnego rozróżnienia między tymi postaciami, wyznaczając osobne dni wspomnień liturgicznych św. Marii Magdaleny (22.07.) i Marii z Betanii (20.07. razem z Martą i Łazarzem). Można by powiedzieć, że tak jak wtedy, kiedy Pan Jezus uwolnił ją od „siedmiu złych duchów”, tak i teraz zły duch na różne sposoby zamazuje nam jej postać, wprowadzając zamieszanie, a nawet zgorszenia.
W tym rozważaniu chcę się oprzeć tylko na źródłach objawionych i najnowszych ich interpretacjach. Zacznijmy zatem od początku, od imienia. Wokół Pana Jezusa spotykamy aż cztery Marie: najpierw Jego Matkę, potem Jej „siostrę” Marię – żonę Kleofasa (najprawdopodobniej była Jej bratową lub szwagierką, a może kuzynką), Marię – siostrę Łazarza – i właśnie Marię Magdalenę. „Magdalena” brzmi dla wielu z nas jak drugie imię, bo w niektórych językach, także w naszym, funkcjonuje jako imię własne konkretnej osoby. Jednak w przypadku Marii Magdaleny tak nie jest. Owo „magdalena” oznacza miejsce jej pochodzenia, dlatego niektórzy tłumaczą je jako Maria z Magdali. To bardzo znaczące w jej przypadku, bowiem w tamtych paternalistycznych czasach kobiety określano w odniesieniu do mężczyzny, a więc albo ojca, albo męża, albo brata bądź syna. Określenia odnoszące się do miejsca pochodzenia oznaczały dużą dozę niezależności.
Magdala, miasto pochodzenia Marii Magdaleny, znajdowała się blisko jeziora Genezaret. Nosiła charakterystyczną nazwę Migdal Nunaja, co po aramejsku oznacza „Wieża Ryb”. Była ośrodkiem przetwórstwa rybnego i handlu rybami, co zapewniało jej bogactwo. Także Maria z Magdali, jak uważają bibliści, była osobą majętną. Stąd też jej niezależność. Miała jednak bardzo poważny problem, którego natury w pełni nie znamy. Biblia mówi, iż była zniewolona przez siedem złych duchów. Liczba siedem oznacza tu swoistą pełnię. Owszem, od strony materialnej miała się dobrze, ale od strony duchowej i psychicznej jej życie było swoistym piekłem na ziemi. Być może miała też problemy z grzechami nieczystymi, ale z tekstów biblijnych wcale to nie wynika. To tylko przypuszczenia wynikające ze wspomnianych wcześniej utożsamień.
W tej swojej bardzo trudnej sytuacji spotkała Jezusa. Nie wiemy, w jakich stało się to okolicznościach, ale to właśnie Jezus uwolnił ją z jej tragicznych zniewoleń. Był to przełom w jej życiu i od tej pory stała się Jego wierną uczennicą. Święty Łukasz wspomina w swej Ewangelii, że należała do grona kobiet, które towarzyszyły Jezusowi i Jego uczniom i usługiwały im ze swego mienia (por. Łk 8, 1-3). A więc – powiedzielibyśmy dziś – że była sponsorką Jezusa i Jego apostołów. Użyte tam greckie słowo: διακονεῖν (diakoneĩn) oznacza posługę dobrowolną, więc czyniła to z wdzięcznego i hojnego serca. Nie tylko swój majątek, ale całe swe życie oddała na służbę Jezusowi i Jego misji. Trwała przy Nim aż do końca – aż do Jego śmierci na krzyżu. Dla niej liczył się tylko On. W jej życiu w szczególnie mocny sposób zrealizowały się słowa Jezusa: Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16, 25).
Istotnie pod krzyżem Jezusa straciła wszystko, podobnie jak Maryja – Matka Jezusa. Trudno powiedzieć, czy w swoim sercu nosiła choć iskierkę nadziei zmartwychwstania, które przecież Jezus zapowiadał. Wiele wskazuje na to, że tragedia krzyża i śmierci Pana tak ją przygniotła, że wczesnym rankiem, pierwszego dnia tygodnia szukała tylko Jego martwego ciała. Przywiodła ją tam miłość, o której Pismo Święte mówi, że jest potężna jak śmierć (por. Pnp 8,6), czyli że idzie w zawody ze śmiercią. I wtedy właśnie rozgrywa się scena opisana w cytowanym na początku fragmencie Ewangelii św. Jana.
Maria jest wstrząśnięta pustym grobem. Myśli, że ktoś wykradł ciało Jezusa. Rzecz, która zdarzała się w tamtych czasach, by znów wykorzystać grób, bo groby były wtedy bardzo cenne. Jest tak zahipnotyzowana śmiercią, że kiedy widzi stającego przed sobą Jezusa, nie podnosi wzroku i myśli, że to ogrodnik. Cały czas jeszcze chce znaleźć martwe ciało Nauczyciela. Dopiero gdy słyszy swe imię – Mario – wypowiedziane tak, jak Jezus je zawsze wypowiadał, rozpoznaje Go. Wówczas z jej ust, a bardziej jeszcze z serca, wydobywa się słowo, które św. Jan przytacza w oryginale: „Rabbuni!”. Niesie ono w sobie tak potężny ładunek uczuć, że jest praktycznie nie do przetłumaczenia na nasze języki. Wyraża się w nim cała jej istota, która wydawała się już martwa, a teraz ożywa na nowo. Chciałaby powrócić do tego, co było wcześniej, kiedy chodzili razem w gronie uczniów, ale Jezus zmartwychwstały mówi słowa, które staną się potem przedmiotem wielu interpretacji: Nie dotykaj Mnie albo w innym tłumaczeniu Nie zatrzymuj Mnie.
Misterium paschalne Jezusa zmieniło wszystko, a raczej przeniosło wszystko na inny, wyższy, niebiański poziom. Święty Paweł skomentuje to słowami: jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób… To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe (2 Kor 5, 16-17). Maria Magdalena jest pierwszym tego świadkiem, dlatego dostaje nową misję. Nie będzie to już wspomaganie materialne Apostołów. Staje się, jak przez wieki będzie podkreślał Kościół, „Apostołką Apostołów” i pierwszym świadkiem zmartwychwstania. Bibliści będą podkreślać, iż fakt, że to właśnie ją – kobietę – Pan wybrał na pierwszego świadka swego zmartwychwstania, świadczy o historyczności tego wydarzenia, bo w tamtych czasach świadectwo kobiet się nie liczyło. Taki wybór – jak ktoś to określił – był „pijarowym samobójstwem”, ale dla Jezusa i Kościoła nie liczy się pijar, lecz moc miłości, gdyż w chrześcijaństwie nie chodzi o głoszenie nauki, ale o czynienie wszystkich uczniami Jezusa, a istotą bycia Jego uczniem nie jest wiedza, lecz miłość.
Takiego bycia uczniem i uczennicą Jezusa uczy nas Maria Magdalena i może dlatego tyle wokół jej postaci zamieszania i niejasności, bo właśnie to najbardziej przeszkadza nieprzyjacielowi natury ludzkiej – jakby powiedział św. Ignacy Loyola.
