Elżbieta – Matka Jana Chrzciciela

04 lut 2026
ks. Stanisław Łucarz SJ
 

Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Ewangelia według św. Łukasza 1, 41-45

Bezpośrednią poprzedniczką Maryi, zarówno w znaczeniu czasowym, jak i udziału w historii zbawienia, jest św. Elżbieta – matka Jana Chrzciciela. Można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że podobnie jak Jan Chrzciciel jest poprzednikiem Jezusa, tak jego matka jest poprzedniczką Matki Jezusa. Istotnie bowiem tak jak Jan jeszcze w łonie matki rozpoznaje Jezusa, tak też św. Elżbieta rozpoznaje w Maryi Matkę Pana.

Elżbieta była w szóstym miesiącu ciąży i ruchy dziecka w tym okresie nie są niczym szczególnym. Wręcz przeciwnie, są one znakiem, że dziecko rozwija się normalnie. A zatem i fakt opisany w Ewangelii, że Jan poruszył się w łonie matki, nie jest niczym wyjątkowym ani cudownym. Ważne jest tu coś innego. Obydwie matki są napełnione Duchem Świętym. To On bowiem daje im umiejętność głębokiego, duchowego odczytywania znaków, które inni potraktowaliby jako coś zwyczajnego. Święty Paweł nazwie to „światłymi oczami serca” (por. Ef 1, 18). Maryja i Elżbieta mają ten dar. Widzą działanie Boga w ich historii. To łączy je o wiele bardziej niż więzy krwi. Owszem, były krewnymi, ale Ewangelista nie określa stopnia tego pokrewieństwa, w czym potem niektórzy będą się prześcigać, uważając je wręcz za kuzynki. To dla autora natchnionego nie jest najważniejsze. Eksplozja radości u św. Elżbiety nie bierze się stąd, że oto przyszła jej bliska krewna, aby jej pomóc, ale że nawiedziła ją Matka Pana i że wraz z Nią przychodzi Pan. Nie chwali Jej za Jej piękny, młodzieńczy wygląd, jak to się nam zdarza w niektórych pieśniach maryjnych, ale wysławia Jej wiarę. Podobnie Maryja nie mówi, iż cieszy się, że widzi Elżbietę w dobrym zdrowiu, choć jest ona w stanie błogosławionym, i to przecież w późnym wieku, ale wyśpiewuje swoje Magnificat, które jest wyrazem nie tylko wiary, lecz także zachwytu nad dziełami Bożymi, zarówno w Jej życiu, jak i w historii Jej narodu, którego częścią jest także św. Elżbieta. To przedziwna harmonia dwu kobiet i matek, którą sprawia w nich Duch Święty.

Tymczasem w tle tego wydarzenia jest zupełnie niewidoczny i niesłyszalny Zachariasz – nie tylko mężczyzna i głowa rodziny, ale przede wszystkim kapłan, czyli zawodowiec, jeśli chodzi o chwalenie Boga. Tyle tylko, że on Boga nie chwali, bo jest niemy. A jest niemy, bo nie uwierzył w anielskie zwiastowanie. Można by się zastanawiać, co dzieje się w jego sercu, gdy widzi i słyszy te dwie radujące się kobiety: Maryję – pokorną służebnicę i pokorną Elżbietę, która przez większość swego życia nosiła na sobie upokarzające piętno niepłodności. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wiele się modliła, aby Pan dał jej moc poczęcia. Starożytna tradycja mówi, że gdy poczęła w swej starości, ukrywała się z tym i przeniosła się z domu w centrum Ain Karim do małego domku w winnicy poza miastem, który był własnością jej męża Zachariasza. Z jednej strony wypełniała ją radość, z drugiej ciągle jeszcze towarzyszył jej wstyd, pozostałość kilku dziesięcioleci upokorzenia. To właśnie tam, przy studni nawiedziła ją Maryja i tam wyśpiewała Magnificat, czego świadectwem są umieszczone na murze tablice z jego tekstem w większości języków świata, także po polsku. A Zachariasz – kapłan, członek elity jerozolimskiej – miał wobec tych dwu pokornych i radujących się kobiet swoją jakże dotkliwą lekcję pokory. Jak mocno musiały brzmieć w jego uszach słowa Maryi: [Pan] strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych (Łk 1, 52).

Maryja pozostała u Elżbiety przez trzy miesiące, służąc jej jako Matka Pana – pokornego Sługi. Był to czas niezwykły dla całej trójki – nie tylko czas oczekiwania na narodziny Jana Chrzciciela, ale też wzajemnego umacniania się w wierze, w której mistrzynią była najmłodsza z nich. Kiedy zaś Jan się narodził, Elżbieta nie miała wątpliwości, jakie ma mu nadać imię. Wbrew krewnym i znajomych, którzy chcieli mu nadać imię jego ojca Zachariasza, stanowczo powiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Najprościej byłoby przypuszczać, że to niemy Zachariasz przekazał jej jakoś, iż takie imię kazał mu nadać anioł zwiastujący narodzenie Jana. A może było inaczej. Może to płynęło prosto z serca Elżbiety, tym bardziej że imię Jan – hebrajskie Johanan (יוֹחָנָן) – znaczy: „Bóg jest łaskawy” lub „Bóg się zmiłował”. Trudno inaczej zrozumieć, dlaczego pytano Zachariasza, jakie imię chce mu nadać. Przecież Elżbieta mogła powiedzieć, że już to ma uzgodnione ze swoim mężem. I dlaczego dziwiono się, gdy Zachariasz napisał na tabliczce: Jan będzie mu na imię.

A skoro jesteśmy przy imionach, to hebrajskie Eliszewa (אֱלִישֶׁבַע), od którego pochodzi nasze „Elżbieta”, oznacza „Bóg moją przysięgą” lub „Bóg moją doskonałością”. Rzeczywiście, to imię spełniło się w życiu Elżbiety. Dla niej niedoskonałej, bo niepłodnej, Bóg stał się doskonałością. Urodziła bowiem tego, o którym Jezus potem powiedział: Pomiędzy narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela (Mt 11, 11), bo to on właśnie wskazał Mesjasza, ale uczyniła to też w jedności z nim jego matka, wskazując Matkę Pana.

Zapewne Elżbiecie i Zachariaszowi zostało oszczędzone to, czego Maryja doświadczyła pod krzyżem swego Syna. Byli przecież podeszli w latach, gdy Jan się urodził, więc raczej odeszli z tego świata, zanim trzydzieści lat potem ich syn rozpoczął publiczną działalność zakończoną jego uwięzieniem i męczeństwem. Byli tak jak ich syn przedstawicielami Starego Testamentu. Nie znali jeszcze zwycięstwa Jezusa nad śmiercią. Ale doświadczyli już pierwszych jego znaków, jako że Bóg, podobnie jak w przypadku Sary, żony Abrahama, z martwego już łona Elżbiety wydobył życie, i to tak mocne i kwitnące po dziś dzień. Kościół obchodzi dzień narodzin Jana Chrzciciela jako jedno z najważniejszych świąt, tak ważne, że jeśli wypada w niedzielę, to ono ma pierwszeństwo przed zwykłą niedzielą.

 

Warto odwiedzić